Cudowna moc królów francuskich. Kilka uwag na marginesie królewskiego rytuału uzdrowienia

Depositphotos

Po czym ukląkł Aragorn przy Faramirze i rękę złożył na jego czole… Teraz wziął… dwa liście, położył na dłoni i kilka razy chuchnął, a gdy pokruszył je, natychmiast cały pokój taka napełniła świeżość, jak gdyby radosne drganie przemknęło całe powietrze… Nagle poruszył się Faramir i otworzył oczy… I zaraz z Domu Uzdrowień wieść popłynęła na całe miasto, że król najprawdziwszy powrócił, który rany wojenne leczy.

Takie to wydarzenie na kartach swojej powieści „Władca Pierścieni”, zamieścił. J. R. R. Tolkien, który przy konstruowaniu świata swoich powieści wyraźnie czerpał inspiracje z historii cywilizacji europejskiej. Przedstawiona sytuacja, nawiązywała do bardzo ważnego elementu władzy królewskiej, który istniał w niektórych monarchiach europejskich. Przypisywana królom pochodząca od Boga, moc która pozwalała im leczyć chorych i rannych, była zjawiskiem nie tylko mistycznym ale i społecznym. Z problemem tym postanowił zmierzyć się, jeden z najwybitniejszych historyków francuskich Marc Bloch. W swojej fundamentalnej pracy pt. „Królowie Cudotwórcy” zbadał to zjawisko w kontekście naukowym, naświetlając tym samym wiele niezwykłych aspektów tego tajemniczego elementu władzy królewskiej. Szczególnym nimbem boskości otaczano osobę królewską w epoce średniowiecza, warto więc przyjrzeć się jak ją postrzegano pod tym względem i skąd pojawiło się przypisywanie jej nadnaturalnych zdolności.

Pomazaniec Boży

Samuel wziął wtedy naczyńko z olejem i wylał na jego głowę [Saula], ucałował go i rzekł: Czyż nie namaścił cię Pan, na wodza swego ludu, Izraela? Ty więc będziesz rządził ludem Pana i wybawisz go z ręki jego wrogów dokoła. A oto znak dla ciebie, że Pan  cię namaścił na wodza nad swoim dziedzictwem (1SM 10,1).

Zawarty w Starym Testamencie opis namaszczenia Saula na król żydowskiego, jest niejako świadectwem, tego znanego od dawien dawna obyczaju, a zarazem przykładem historycznego namaszczenia przez Boga osoby wybranej na przywódcę. W przyszłości stanie się on nieodłącznym elementem całego procesu koronacyjnego. Składał się on z kilku elementów, w którym jednym z najważniejszych była konsekracja i namaszczenie. We Francji dokonywano tego specjalnym olejem, zawartym w ampułce, która według legendy miała zostać przyniesiona przez gołębicę (która była posłanniczką albo Duchem Świętym we własnej osobie), a którym to olejem został namaszczony przez św. Remigiusza Chlodwig, pierwszy król Franków. Miejscem, w którym dokonywano konsekracji była katedra w Reims, a namaszczenia dokonywał najczęściej arcybiskup reimski.

Są jednak przypadki kiedy zmieniano formułę. Namaszczenie Karola Wielkiego na cesarza odbyło się z rąk samego papieża. Znamienne jest, że w czasie wojny stuletniej i zajęcia większości terytorium królestwa Francji prze siły angielskie, więcej wagi przykładano do odzyskania Reims niż Paryża. Dopiero po jej wyzwoleniu, możliwe było ukoronowanie Karola Walezjusza na króla, zgodnie z pełnym ceremoniałem. Pokazuje to jak ważna dla Francuzów była w średniowieczu otoczka symboliczna oraz jak wielkie znaczenie posiadała dla ciągłości władzy królewskiej.

Symbolika, w pewien naturalny sposób wpływała na politykę i władzę. Otóż boski pierwiastek, rzekomo znajdujący się w osobie królewskiej, czynił z niej w pewien sposób osobę wręcz świętą. Podniesienie ręki na „Pomazańca Bożego”, miało być gwałtem na prawie boskim i przez Boga surowo karane. Poprzez podtrzymywanie mistycznego charakteru monarchii, dynastie zabezpieczały się przed próbami przejęcia władzy, buntami oraz bezpośrednimi zamachami na życie osoby królewskiej. Jako ciekawostkę, należy wspomnieć, że królowie francuscy, w przeciwieństwie do swoich poddanych nosili długie włosy. Miało to w sposób symboliczny nawiązywać do biblijnego Samsona, który czerpał z nich swoją nadprzyrodzoną moc.

Poza tym wielu z panujących, czczono po śmierci jako świętych, co w pewien sposób nawiązywało też do tradycji cesarzy rzymskich, którzy po śmierci, stawali się nie tyle świętymi co wręcz Bogami. Podsumowując zatem, po namaszczeniu, monarcha stawał się osobą wręcz święta, która według ludzkich przekonań, posiadała nadprzyrodzoną moc mogącą uzdrawiać chorych. Jak zatem wyglądał przebieg takiego rytuału?

Rytuał Uzdrowienia

Na początek należy wyjaśnić jakiego rodzaju choroby leczyli królowie. Za czasów panowania dynastii Merowingów, a potem ich następców Kapetyngów, nie dokonywano jakiejś konkretnej segregacji. Po prostu uzdrawiano chorych. Z czasem jednak coraz częściej zaczęto mówić o leczeniu tzw. skrofułów czy skrofulozy, czyli zapalenia węzłów chłonnych, spowodowanych prątkami gruźlicy. Mamy wiec do czynienia z konkretnym określeniem stanu chorobowego. Warto jednak zauważyć, że często pojęcie leczenia skrofułów rozszerzano też na inne schorzenia węzłów chłonnych czy wręcz w ogóle na inne schorzenia. Powiązanie uzdrawiania z leczeniem skrofułów, przyjęło się ze względu na częstotliwość zapadania na tą chorobę ludzi szczególnie w średniowieczu.

Sam rytuał prze lata ewoluował, jednak pewne jego prawidła pozostały niezmienne. Jego częstotliwość była różna. Mógł on odbywać się co tydzień co miało miejsce za Ludwika XI czy w określone dni roku jak Wielki Piątek, Matki Boskiej Gromnicznej czy Boże Ciało. Czasem organizowano odrębną ceremonię na, którą przychodzili chorzy lub też król mógł tego dokonywać spontanicznie. W tym pierwszym przypadku, ważne było by król przed dokonaniem czynności uzdrowienia był w stanie łaski uświęcającej, czyli przystąpił do sakramentu pokuty a następnie przyjął Komunię pod dwiema postaciami.

Przed rytuałem, król oddawał się kontemplacji i modlitwie w samotności. Początkowo nie było jakiejś specjalnej modlitwy, lecz w okresie nowożytnym, układano specjalne modlitwy zależnie od okoliczności. Rytuał poprzedzała krótka liturgia, poświęcona św. Marcoulowi, patronowi uzdrowień. Generalna część wyglądała dosyć prosto. Monarcha, któremu towarzyszył kapelan, podchodził do każdego chorego, czynił znak krzyża, a następnie przykładał nagie dłonie do jego ciała, i wypowiadał formułę, która najczęściej brzmiała: Król cię dotyka a Bóg uzdrawia (z fr. le Roi te touche, Dieu te guérit). Na koniec udzielał błogosławieństwa. Po uzdrowieniu, umywał ręce w specjalnie do tego przygotowanym naczyniu. Woda, ta następnie była wydawana chorym by mogli ją pić przez następne dni jako lekarstwo.

Ten zwyczaj skończył się wraz z nastaniem epoki nowożytnej. Oprócz wody chorym dawano także niewielka jałmużnę w wysokości jednego denara. Wpłynęło to niezaprzeczalnie na popularność całego ceremoniału i chętne przystępowanie do niego.

Podejście samych monarchów również przedstawiało się różnie na przestrzeni dziejów. W średniowieczu władcy na ogół podchodzili bardzo poważnie od rytuału, co zapewne związane było z charakterem samej epoki i dużego przywiązania ówczesnych do sfery sakrum. Najbardziej skrupulatny pod tym względem był Ludwik IX zw. „Świętym”. Nie bez powodu król ten zasłużył sobie na taki przydomek. Z niezwykłą gorliwością podchodził do wszelkich sakramentów, codziennie uczestniczył we mszach świętych, wielkim szacunkiem otaczał święte relikwie, kościoły i klasztory. Dbał o swoich poddanych rozdając im jałmużnę i opiekując się nimi. W swoim wyglądzie codziennym nawiązywał do ascetów i przedstawicieli zakonów żebraczych. Ze szczególną pokorą podchodził do trędowatych, których nie wstydził się całować w ręce. Za jego czasów rytuał uzdrowienia, nabrał cech wręcz liturgicznych. Nie ograniczał się do wyklepania jednej i tej samej formułki przy chorym, ale podejścia do każdego chorego indywidualnie. Ludwik przy każdym oddzielnie wygłaszał inną formułę po łacinie lub francusku. Przy udziale zakonników i kapłanów błogosławił ludziom, wspierał dobrym słowem i hojnie obdarowywał ich jałmużną. Po jego śmierci, za jego wstawiennictwem dokonało się kilka cudów, które zostały uznane przez Watykan i ogłoszono go świętym Kościoła katolickiego.

Inne podejście można zauważyć w postawie królów oświeceniowych. Ludwik XV Burbon, znany ze swojego sybaryckiego i hulaszczego trybu życia, nie raz wchodził w spory ze swoimi duchownymi, ze względu właśnie na swoje zbyt swobodne podejście do zagadnienia. Wspomina się często wydarzenie z 1739 r., kiedy to Ludwik spędzając noc ze swoją kochanką panią de Mailly w okresie Wielkiego Postu, nie dostąpił po spowiedzi aktu przebaczenia grzechów. W efekcie czego nie mógł on przystąpić do komunii oraz rytuału uzdrowienia. Podobne rzeczy działy się w Boże Narodzenie i Wielkanoc 1740 r. Król zatem nie przystąpił do rytuału trzy razy. Wywołało to oburzenie i zgorszenie rodzimego duchowieństwa, poddanych i co bardziej konserwatywnych polityków.

Pomimo pewnych standardowych reguł, rytuał wyglądał inaczej zależnie od monarchy, który w danym momencie sprawował władzę. Przyjął się on nie tylko we Francji ale i w innych krajach, gdzie ich władcy w mniejszym bądź większym stopniu do niego nawiązywali.

Uzdrowienie monarsze w innych krajach

Rytuał uzdrowienia poza Francja przyjął się też na szerszą skalę w Anglii. Początkowo obie ceremonie wyglądały bardzo podobnie, żeby nie powiedzieć identycznie, jednak Anglia przyjęła rytuał zdecydowanie później. Poza tym w pewnym momencie zmienił swój charakter i nadano mu nazwę „Rytuału Pierścieni”. Polegał on na tym, że król w pozycji wyprostowanej zanosił do ołtarza, piękne monety wybite ze złota i srebra, kładł je na nim, a następnie „odkupywał”, kładąc na ołtarz inne monety, będące ekwiwalentem, za te zabrane. Tamte, zrobione ze złota i srebra, przetapiano a królewscy złotnicy sporządzali z nich pierścienie. Te według legend, miały moc uzdrawiania. Uzdrowienia francuskie leczyły najczęściej skrofuły, pierścienie z kolei  mogły uzdrawiać epileptyków. Były niezwykle popularne na dworach poza sama Anglią. Nawet król polski Zygmunt August, wysłał Jana Dantyszka, po takowy do Anglii, ze względu na chorobę swojej pierwszej żony Elżbiety Habsburżanki.

W innych krajach legendy dotyczące uzdrowień istniały, chociaż przybierały nieco inna formę. Feliks Fabi, szwabski mnich, pisał o cesarzach niemieckich z rodu Habsburgów, że kto napije się z kielicha z którego uprzednio pił cesarz,  niebawem odzyskuje silne i zdrowe gardło. Następnie opisał uleczenie jąkatego, który przestał się jąkać. Innych uzdrowień, bardziej duchowej natury dokonywali królowie hiszpańscy. Alvarez Pelayo, twórca dzieła „Speculum regum”, napisał o Sanchezie II, że król kładąc stopę na gardle opętanej obsypującej króla obelgami, wyczytał kilka słów z małej książeczki i wypędził z kobiety demona, i pozwolił jej odejść dopiero wtedy gdy była zdrowa. W ten sposób Pelay, przedstawił króla hiszpańskiego jako egzorcystę walczącego ze złymi mocami, dzięki otrzymanej od Boga mocy.

W Polsce rytuału uzdrowienia nie było. Co prawda Zygmunt Gloger w „Encyklopedii staropolskiej”, pod hasłem „król” napisał że Króla uważano jakby za nieśmiertelnego ale raczej z tego tytułu nie miał on żadnych nadprzyrodzonych mocy. Natura monarchii w królestwie polskim miała wymiar nadzwyczaj racjonalistyczny, a biorąc pod uwagę podejście do monarchów elekcyjnych to wręcz aż za bardzo.

Rzeczywista moc, siła sugestii a może zwykłe kuglarstwo?

Sam Marc Bloch, był w odpowiedzi na to pytanie dosyć wstrzemięźliwy. Wskazywał na to, że pomimo narosłych legend i nadzwyczajnych opisów, które mogły być w łatwy sposób kwestionowane, rytuał utrzymywał się przez bardzo długi czas i wciąż gromadził licznych chorych, wierzących w uzdrowienia. Twierdził on, że skoro takie uzdrawianie mogło być empirycznie sprawdzone przez ludzi, którzy mogli poddać przecież w wątpliwość jego skuteczność przez wiele lat, to dlaczego nie uczyniono tego i z utęsknieniem czekano na kolejny rytuał uzdrowienia? Cóż, niektórzy lekarzy, którzy żyli w czasach funkcjonowania owego rytuału potwierdzali niektóre przypadku rzeczywistych uzdrowień ale w swojej większości negowali cudowną moc płynąca z królewskich rąk. W epoce oświecenia znaczenie rytuały słabło, by wraz ze śmiercią Ludwika XVI na szafocie, a następnie wielką rewolucją francuską zaginąć całkowicie. Co prawda w XIX wieku przy restauracji Burbonów próbowano, przywracać strzępy dawnego dziedzictwa, były to jednak czynności szczątkowe.

Patrząc przez pryzmat psychologiczny, nie sposób dostrzec jednak pewnego wymiernego znaczenia rytuału uzdrowienia, a mianowicie siły sugestii. Sama wiara w uzdrowienia mogła spowodować poprawę stanu chorego, co miało niebagatelne znaczenie przy zwalczaniu choroby przez organizm samego nieszczęśnika. Co się zaś tyczy mocy nadprzyrodzonych, cóż historia zna przypadki cudownych uzdrowień, tak wiec nie powinniśmy odrzucać i takich przypadków. Wszak jak to mówią, „nie są zbadane wyroki Boskie” i tylko sam Bóg, decyduje czy udzieli człowiekowi swojego natchnienia.

Bartosz Staręgowski

Tekst ukazał się w piątym numerze czasopisma „Rycerstwo” (maj 2018). Cały magazyn można odnaleźć TUTAJ.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk gdziekolwiek indziej dozwolony pod warunkiem dokładnego i całkowitego przekopiowania tekstu, podania autora,  dodania adnotacji o źródle tekstu, wymogach przedruku oraz dodania aktywnego linka do tego posta. W przypadku przedruku do czasopisma, prosimy o podanie domeny www.gazetarycerstwo.pl zamiast aktywnego linka. W każdym innym przypadku należy kontaktować się z Wydawcą.

Rycerstwo

Zespół portalu GazetaRycerstwo.pl. Pierwotnie ukazywaliśmy się co pół roku jako bezpłatny studencki magazyn online. Chcemy tworzyć treści dla ambitnej młodzieży, który odróżnia się od innych tym, że przekaz skupia się na pozytywach i konstruktywnych myślach, nie zaś na szczuciu, agresywnej krytyce oraz negatywach