Demokracja rozbija społeczeństwo

Pixabay (edytowane)

Tak zachwalany reżim ludowładztwa z perspektywy czasu jawi się czymś o wiele gorszym, niż monarchie absolutne czy dyktatury wojskowe. Demokracja nie tylko narusza aspekty religijne i moralne, ale przede wszystkim niszczycielsko oddziałuje na jedność narodową czy  w ogóle jedność społeczeństwa.

Rządzi „lud”. Czyli kto?

Demokracja opiera się na przekonaniu, że rządy należą się „ludowi”. Nie ma jednak ścisłej definicji tego, czym tenże „lud” jest. Obecnie utarło się w części świata, zwanego obecnie „cywilizowanym”, że lud to obywatel danego kraju mający ukończone 18 lat życia i – nieformalnie zakładając – szanujący demokrację.

Nie jest to jednak jedyna definicja. We Francji, tuż po wielkiej rewolucji, która obaliła prawowitą władzę monarchy, chciano określić inny cenzus wiekowy. Ponadto, zaproponowano wprowadzenie cenzusu majątkowego. Nikt też nie miał w planach dawania praw wyborczych kobietom.

Skoro mowa o Francji, należy pamiętać i podkreślić, że nie było masowego powstania przeciwko władzy, zaś poddani – wbrew mitowi ukutemu przez popkulturę – kochali swojego monarchę. Wystarczy spojrzeć na fakt, że przeciwko rewolucyjnej władzy sprzeciwiano się zbrojnie w wielu regionach dawnego królestwa, z największym powstaniem w Wandei włącznie, gdzie „władza ludowa” przeprowadziła pierwsze w historii nowożytnej Europy ludobójstwo na „wrogach ludu” (do których to dojdziemy za chwilę). Rewolucja była stricte mieszczańska.  Miała miejsce głównie w Paryżu, zaś władzę przejęła grupa osób, która za zamkniętymi drzwiami uchwaliła nowe prawo pod pretekstem „rządów ludu”.

Dziwnym trafem znaczna część prawotwórców była powiązana mocno z ruchami masońskimi.

Podobnie było i w państwie amerykańskim po znanej rewolucji demokratycznej, która – co niezwykle ważne – nie była pierwszą próbą obalenia władzy monarchy brytyjskiego. Zresztą bardzo krótko po zwycięstwie rewolucji demokratycznej i utworzeniu państwa amerykańskiego nałożono nowe, o wiele większe obciążenia na mieszkańców dawnej brytyjskiej kolonii, co doprowadziło do wielu lokalnych powstań. Zostały one brutalnie stłumione przez „władzę ludową”.

Niezwykle ciekawym jest fakt,  że  w szkołach na poziomie obowiązkowym, w jednym i drugim przypadku wspomniane rewolucje przedstawia się jako coś wspaniałego i dobrego. Nie mówi się natomiast o sprzeciwie wobec nich, który przecież był ogromny.

My, lud i oni, wrogowie ludu

Kwintesencją demokracji jest ustalenie „wroga” – prawdziwego lub zmyślonego. Ta metoda istnieje w każdym państwie demokratycznym i zaostrza się w miarę upływu lat. Zapewne kojarzy się Wam to z systemami totalitarnymi.  I słusznie.

W postrewolucyjnej Francji wrogami ludu nazywano reakcjonistów, rojalistów i zdeklarowanych katolików. Katolicy byli „wrogami ludu” także w państwie amerykańskim, które wyrosło na założeniach protestanckich.

W nazistowskich Niemczech wrogami byli Żydzi i Słowianie, ale również socjaldemokraci, komuniści, socjaliści, etc. W komunizmie wrogiem byli posiadacze, kapitaliści i inni znajdujący się „wyżej” od zdefiniowanego ludu. W demokracji liberalnej wrogami są obecnie „faszyści”, tzn. najczęściej reakcjoniści i przeciwnicy demoralizacji.

Ale są także i inne podziały. W USA obecnie dla demokratów wrogiem jest Trump i jego zwolennicy, których nazywają „faszystami”. Dla republikanów wrogami są demokraci, których nazywają „komunistami”. W Polsce dla zwolenników PiS jedynymi Polakami są oni sami. Każdy przeciwnik tej partii to nie tylko nie-Polak, ale też zdrajca (warto zauważyć, że oba zarzuty wykluczają się – aby być zdrajcą Polski trzeba przecież być Polakiem). Z drugiej strony zwolennicy PO uważają się za nowoczesnych Europejczyków. Każdy, kto jest przeciwko nim, jest pisowcem, czyli faszystą, nacjonalistą i katolickim talibem. Niezwykle zabawnym jest również fakt, że obie wspomniane partie, w Polsce są niemalże identyczne programowo, zaś różnią się jedynie konkretnymi osobami, nieraz też zachowującymi się w podobny sposób (np. poseł PiS Krystyna Pawłowicz jak i niegdyś należący do PO poseł Stefan Niesiołowski).

Rozbicie

Rozbicie w demokracji najlepiej ukazuje spostrzeżenie jednego z badaczy tematu. Erik von Kuehnelt-Leddihn w książce „Demokracja. Opium dla ludu” napisał, że podczas wojny w Kuwejcie członkowie partii demokratycznej modlili się o to, by zginęło jak najwięcej Amerykanów. Im więcej bowiem ofiar wojny, tym mniejsze poparcie w następnych wyborach dla republikanów i większa szansa na zdobycie władzy przez demokratów.

Przechodząc do Polski, wielu zwolenników PiS miało nadzieję na to, że za rządów PO użyje się policji, na przykład na Marszu Niepodległości (który jak wiemy obecnie, obecna partia rządząca bardzo chce sobie przywłaszczyć) i że będą ofiary śmiertelne. Gdyby tak się stało, PO straciłoby więcej poparcia, które zyskałby PiS. Tak samo wielu z nich chciałoby, by śmierć Lecha Kaczyńskiego okazała się nie wypadkiem, lecz zamachem. Obecnie wielu zwolenników PO chciałoby, by za rządów PiS nastąpiła katastrofa ekonomiczna, ponieważ to nabiłoby poparcia PO i osłabiło PiS.

Można też spojrzeć na kwestię wyborów. Każda władza mówi, że obecnie istniejące problemy są efektem „szkodliwych decyzji poprzedniego rządu”. Faktem jest, że tę sofistykę obecna władza opanowała do perfekcji, niemniej jest to reguła w systemach demokratycznych. Zgodnie z podziałem „my-lud” oraz „oni-wróg”, nie można właściwie prawdziwie kochać swojej ojczyzny. Gdy bowiem rządzili „wrogowie ludu”, należy potępiać ten okres i go nienawidzić. Dopiero rządy „nas, ludu”, są godne pochwały. Widać to zresztą w usprawiedliwianiu problemów rządów w danej kadencji hasłami typu „to wina poprzedników”.

To tylko kilka z wielu przykładów pokazujących, że demokracja i częsta zmiana władzy sprawia, że dla oligarchii nazywanych partiami politycznymi, demokracja wykorzystywana jest instrumentalnie, zaś dobro społeczeństwa jest dla nich nic nie warte. Należy zwrócić uwagę, że przecież demokracja ustanowiona została właśnie rzekomo dla „dobra ludu” przed „opresyjnym wykorzystywaniem przez monarchę”.
I tutaj demokracja zawiodła na całej linii.

Hierarchiczna „równość”

Tymczasem brutalna prawda jest taka, że to właśnie demokracja uciemięża społeczeństwo. W imię zniesienia monarchii i wprowadzenia „równości” tworzy się mnóstwo urzędów mających  rzekomo „dbać” o sprawy społeczne i równości. W imię walki z uprzywilejowaniem monarchy, tworzy się władzę reprezentacyjną, której członkowie mają przywileje stawiające ich wyżej niż resztę społeczeństwa (chociażby poselski immunitet czy dopłaty do prowadzenia biura albo wynajęcia mieszkania).

Zamiast jednego „tyrana”, mamy prawdziwego tyrana w wielu osobach, których nie można obalić tak łatwo, jak jednego króla. W przeciwieństwie do monarchy, który może być dobry lub zły, mamy całą rzeszę zawodowych krasomówców wybieranych przez większość społeczeństwa, tzn. głównie przez emocje i głupotę. Zawodowi krasomówcy w cztery lub pięć lat chcą wycisnąć jak najwięcej z pieniędzy państwa (czyli każdego z jego obywateli) poprzez defraudacje pieniędzy, tworzenie programów nastawionych „na swoich” oraz obsadzanie na państwowych stanowiskach „swoich” ludzi.

Oprócz tego mamy nieefektywne urzędy oraz firmy państwowe, które niekoniecznie muszą być efektywne, w przeciwieństwie do tego, jak miałoby to miejsce za panowania monarchy. W przypadku jednego dożywotniego władcy dziedzicznego nie ma potrzeby tworzenia sztucznych miejsc pracy „dla swoich”. Naturalnie obieranym celem takiego władcy jest stworzenie skutecznego państwa, które przynosi prawidłowo rozumiany rozwój. W związku z tym tworzone firmy państwowe muszą przynosić zysk, w przeciwnym razie się je zamyka, by nie przynosiły wstydu monarsze.

W przypadku demokracji zaś tworzy się fikcyjne miejsca pracy oraz obstawia się stanowiska ludźmi niekompetentnymi, lecz wiernymi partii lub będącymi członkami rodzin prominentnych członków oligarchii, tj. partii. Wystarczy przecież spojrzeć na firmy należące do polskiego Skarbu Państwa.

Hierarchicznego podziału społeczeństwa nigdy nie uda się rozbić, nawet po paruzji, tj. ponownym przyjściu Jezusa na świat. Społeczeństwo w sposób naturalny dzieli się na klasy wyższe i niższe. Nawet w Ewangelii Jezus wyraźnie mówi, że w Królestwie Bożym będą osoby nierówne w wiecznej hierarchii (Mt 5, 19). Zbawienie nie oznacza bowiem równości. To szatan chciał zrównać aniołów z Bogiem i wiadomo, jak skończył.

Albo więc porzucimy ten nieudolny system demokratyczny, albo będziemy pogrążać się w coraz większych absurdach i niesprawiedliwościach. Będzie tak do czasu, aż nastąpi permanentny krach, zaś kraj zostanie przejęty przez inne państwo, które nie bawi się w demokratyczne, nieudolne i nierealne brednie.

Dominik Cwikła

Pomysłodawca i wydawca Gazety „Rycerstwo” oraz Kontrrewolucja.net. Dziennikarz, publicysta i aktywista. Kiedyś Zastępca Redaktora Naczelnego we wSensie.pl. Obecnie redaktor na nczas.com.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.